|
Jesteśmy na patrolu już drugą dobę. Do najbliższego posterunku mamy jakieś dziesięć kilometrów, w zasadzie nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Patrol podobny do tych, w jakich brałem udział podczas wielu dotychczasowych misji pokojowych.
Las, czasem jakieś górki, ale generalnie kawał płaskiego terenu. Dowódca wysłał nas na kolejne zadanie w stylu „przejść od punktu A do B, pokazać się, że jesteśmy i czuwamy. Od 15 grudnia 2007, kiedy wylądowaliśmy tu na mocy nadzwyczajnej rezolucji Rady Bezpieczeństwa, do ostatnich dni był względny spokój. Co jakiś czas, może raz na miesiąc, zdarzały się jakieś incydenty między siłami Avestanu i Brombracji. Kiedy docieraliśmy na miejsce, było z reguły po wszystkim trochę łusek, jakieś ślady po walce. Raz, może dwa, chłopacy znaleźli ciała zabitych. Każdy taki incydent urastał do rangi wojny na arenie politycznej. I tak z tygodnia na tydzień sytuacja coraz bardziej się zaogniała. Co prawda to politycy nawzajem się oskarżali, wyzywali, grozili sobie i swoim rządom, tu jakoś nie specjalnie można to było odczuć. Tak więc kolejny raz depczemy ziemię w strefie buforowej i szukamy czegoś podejrzanego.
Moje wątpliwości budzi w tej chwili jedynie misja
badawcza firmy GeoXplorer. Nie wiem, o co chodzi, ale dziwne, że w
takim miejscu, w tak napiętej politycznie sytuacji ktoś prowadzi
badania geologiczne w zasadzie na samej granicy między państwami, które
krok po kroku zbliżają się do stanu wojny. No, ale jak mówił James,
nasz sierżant, „kasa i surowce do produkcji paliw rządzą się swoimi
prawami. Nie przejmują się wojną”. Więc czasem wpadamy do ich obozu
zapytać „jak leci” i wracamy do swoich zadań. Przynajmniej jest jakaś
odmiana w „życiu”.
Zatrzymujemy się na znak „stop” podany przez
radiomana. Dowódca patrolu rozmawia przez radio i woła do siebie
mapmana. Po kilku minutach ruszamy dalej, ale wyraźnie odbijamy na
północny zachód. Hose, wielki mulat, który idzie przede mną, odwraca
się i przekazuje mi informacje: „Idziemy na lotnisko, coś się tam
dzieje. Nasłuch przechwycił transmisję z terenu lotniska i nie jest to
transmisja brombracka...”.
Do lotniska mamy jakieś sześć-siedem kilometrów...
Zajmie nam to lekko godzinę. Na pewno z posterunku „Charlie” już
wyrusza inny patrol, mają do lotniska jakieś dwa-trzy kilometry i będą
tam za około dwadzieścia minut. Możliwe, że szybciej, o ile mają na
miejscu samochody. Naszym zadaniem jest zabezpieczyć podejście do
lotniska od strony granicy w taki sposób, żeby zatrzymać ewentualnych
„obcych” chcących przedostać się do Avestanu. Nie lubię takich zadań...
My poruszamy się z reguły w miarę szybko widocznie, mamy demonstrować
naszą obecność. Ewentualny przeciwnik będzie się krył, ubezpieczał. Jak
dojdzie do sytuacji, w której „oni” będą zdesperowani, zanim się
zorientujemy, dostaniemy kilka kilogramów ołowiu. Oby kamizelki
wytrzymały w razie czego i oby przeciwnik słabo strzelał.
Po około trzydziestu minutach zatrzymuje nas
dźwięk strzałów. Słychać je dość daleko przed nami, może kilka
kilometrów to pewnie na lotnisku coś się wymyka spod kontroli. Po
krótkiej rozmowie dowódcy przez radio ruszamy szybciej. Wygląda na to,
że nasi potrzebują wsparcia. Po kilku minutach słyszę silniki
śmigłowców... To chyba UH-1 brombrackich sił powietrznych. Dość
konkretnie hałasują, czyli raczej się spieszą. Minęły nas jakieś
dwa-trzy kilometry z lewej strony. Chwilę później słyszę
charakterystyczny „trzepot – furkot” wirnika UH-60. To nasze śmigłowce
lecą albo ze wsparciem albo po rannych... Do lotniska mamy jeszcze
ponad dwa kilometry...
|